Welcome to our website !

Sztuka życia to cieszyć się małym szczęściem.

Lifestyle'owy blog, o bieganiu, psach, gotowaniu i radości jaką daje mi aktywność fizyczna.


 13 kwietnia odbyło się "narodowe święto biegania" Orlen Warsaw Marathon. Organizowany był maraton, oraz bieg na 10km. Dzień przed biegami głównymi, można było wziąć udział w Charytatywnym Marszobiegu na 4,6km z czego również skorzystałam. Atmosfera marszobiegu była wspaniała, biegacze wraz z osobami niepełnosprawnymi stanęli na starcie aby wspólnie pokonać dystans. :)

Jednak ten dla mnie najważniejszy bieg to był bieg na 10km. Mój pierwszy w życiu oficjalny start!
Stres był ogromny mimo, że to "tylko" 10km. Odebranie pakietu i numeru startowego było momentem od którego zaczął się cały stres - bo to już przesądzone, biegnę!

Dzień przed biegiem, przygotowałam sobie wszystko. Strój w którym chcę pobiec, spakowany plecak na depozyt, budzików 10 nastawionych więc mogłam w miarę spokojnie iść spać, że wszystko mam na rano przygotowane.
Rano pobudka, śniadanie - bułka z nutellą - wręcz wmuszone, nie potrafię jeść tuż po przebudzeniu.
I "biegiem" na autobus. Niestety niemiły Pan kierowca zamknął drzwi dosłownie przed nosem. Kierowcy o 8 w niedzielę są wyjątkowo niemili.


Po dojechaniu na miejsce cały stres zniknął jak ręką odjął. Nastąpiła natomiast nadmierna ekscytacja i przeogromna radość, że tam jestem. :)
Organizacja była super, dostawałam smsy z przypomnieniem o odebraniu pakietów, a po biegu z moim wynikiem. Wszyscy pracownicy udzielali bez problemu informacji, jedyne spięcia były pod toaletami, za mało ich w stosunku do ludzi przez co wszyscy się denerwowali. :D Ale nie było najgorzej, wszystko szło całkiem sprawnie.
Gdy zostało 15min do startu ruszyłam za tłumem aby udać się na start honorowy (jak się potem okazało, był on oddalony o niecały 1km od startu ostrego, od którego zaczęło się mierzenie czasu). Napięcie, radość i podekscytowanie sięgały zenitu gdy stanęłam wśród ludzi na starcie.
Rozległ się strzał i maratończycy ruszyli. Pierwsza biegła oczywiście elita i byłam w szoku jak szybko oni biegną. Naprawdę, co innego czytać z jaką prędkością biegną zwycięzcy a co innego to zobaczyć! :D
Gdy zaczęliśmy biec, radość osiągnęła swoje apogeum, które trwało już aż do mety. Na moście mijaliśmy mnóstwo fotografów, do których machałam, uśmiechałam się ale niestety nie mogę nigdzie znaleźć tych zdjęć. :/ I jak na złość, na 2km złapała mnie kolka która utrzymywała się aż d punktu nawadniania. I tutaj wielkie pozdro dla chłopaków z owego punktu, tak bardzo wczuli się w rolę, że połowa wody którą chcieli nalać wylądowała na ulicy moich butach. Zostałam też obrzucona butelkami powerrade'u - DZIĘKI! :D Dla odmiany po kolce, na 5km odczułam jaki błąd zrobiłam, ze zjadłam tylko jedna bułkę. Zrobiłam się niesamowicie głodna. Niby nie zaważyło to bardzo na moim biegu, jednak spadek energii i siły dało się odczuć. Za to radość była wciąż ta sama. :D



Gdy wbiegliśmy na Krakowskie Przedmieście siły powróciły, wraz z ogromnym dopingiem ludzi! Prawdą jest, że to kibice mega motywują i dodają sił w biegu! Wielkie podziękowania dla was wszystkich, którzy staliście i zagrzewaliście nas do biegu dalej. Szczególnie dla Pana, który nawet dołączył się do nas i biegł krzycząc motywujące hasła - to było genialne! :D
Kilometry mijały w zasadzie w oka mgnieniu, 7-8km były cudowne, biegłam jak na skrzydłach. Grał zespół, ludzie dopingowali i do tego zbieg. Ostatnie kilometry biegłam biegłam coraz szybciej schodząc do tempa 5:40min/km.
Podczas biegu piłam cały czas powerrade'a którym zostaam uraczona na punkcie nawadniania. Na 9km wypiłam go do końca i zostawiłam. MEGA BŁĄD! W moim przypadku, zemdliło mnie i na ostatniej prostej mimo iż cisnęłam coraz szybciej robiło mi się coraz bardziej niedobrze. Wbieg na metę nie był tak bardzo cudowny jak sobie to wyobrażałam, skurcze w udach i łydkach łapały, brzuch sie buntował. Jednakże mimo wszystko szczęście i radość były niesamowite.


Po wbiegnięciu wylądowałam w punkcie medycznym, ah co za los i szczęście jednak mam. Jednak twardym trzeba być, a nie miętkim i po 10min pobiegłam odebrać medal!:D



Wbiegłam na metę z czasem 1:09:39 robiąc tym samym swoją życiówkę na 10km, poprawiając wynik o 5min.
Sumując, był to najlepszy bieg na 10km jaki przebiegłam.  Biegło mi się wspaniale, radość towarzyszyła mi non stop, cieszyłam się tym biegiem. Nawet kolka, głód i mdłości tego nie przytłumią! :)

PEACE, LOVE & RUN!







Na początku marca minął rok odkąd zaczęłam biegać.
Wiele się we mnie zmieniło od tego czasu. Stałam się bardziej otwarta na ludzi, bardziej pewna siebie i mniej zakompleksiona. Staram się przełamywać nieśmiałość, dzięki temu zaczęłam łatwiej nawiązywać kontakty z ludźmi i nie bać się. Narzekanie na wygląd powoli przechodzi do historii, a pewność siebie rośnie z dnia na dzień. :)
Dzięki robieniu czegoś, posiadaniu pasji w życiu, poznajemy nowych ludzi, którzy są tak samo jak my zakręceni w danym temacie. Stajemy się też w pewnym sensie podziwiani przez dotychczasowych znajomych, którzy nie mają odwagi żeby coś zmienić w swoim życiu.




Jednak wszystko ma drugą stronę medalu. Zapewne w życiu każdego z nas jest osoba, która pozazdrości nam tej pasji, bo sama nie ma odwagi/motywacji do zrobienia czegoś. Wyśmiewanie się, złośliwe komentarze i obgadywanie za plecami, bądź snucie aluzji w naszym kierunku.
I co wtedy? Najlepiej przestać tracić czas dla takiej osoby.
Rób to co kochasz, nawet jeśli innym to się nie podoba. To Twoje życie i tylko Ty możesz zadecydować o tym jak je przeżyjesz. Absolutnie nikt nie powinien mieć na to wpływu!

Musimy jednak pamiętać że wszystko musi mieć swój umiar. My, biegacze, żyjemy swoją pasją, żyjemy bieganiem. Osobiście mogłabym godzinami rozmawiać na temat ostatniego treningu, butów, ubrań do biegania, biegów w których chciałabym wziąć udział i o wszystkim tym co przeciętnego człowieka nie interesuje. Nie można jednak zatracać się całkowicie i niszczyć wszystkich kontaktów na rzecz biegania! :)
Peace, love and running! ;)










Pomysł na pobiegnięcie w biegach po prawdziwej Warszawie nadszedł gdy natknęłam się na stronę oraz bloga Małgosi z Wielkiej Improwizacji. Wstawiła wtedy link do biegu walentynkowego, który miał mieć dystans około 12km. Dystans przeraził i zrezygnowałam. Potem stopniowo, kiedy podczas treningów zwiększałam swój dystans, który przebiegam  zaczęłam myśleć o tym, czy by gdzieś nie pobiec. Długo nie czekałam, bo pojawił się nowy bieg po Warszawie po mojej dzielnicy - Zaciszu, Targówku i Bródnie. Dystans 12-14km, pomyślałam dałam radę 12 to dam i 14, to nie jest duża różnica. Miał to być mój pierwszy bieg w większej grupie. Stres był, ale w końcu się przemogłam i wsiadłam do autobusu. Po dotarciu na miejsce usłyszałam, że bieg ma mieć 17km! Pomyślałam o rany, nie dam rady jednak uznałam, że przecież zawsze mogę zrezygnować po tych 12km i wrócić do domu, jeśli będzie ciężko. Tak więc z dumnym numerem 1 rozpoczęłam bieg mój pierwszy grupowy bieg.



Tempo 6:30 od początku. Ale dawałam radę i pierwsze 7km przebiegłam non stop, wlekąc się za całą grupą. Wbiegając do lasku bródnowskiego miałam dosyć. Był to 7km i chciałam już do domu. Akurat - mieszkam obok tego lasu i miałam go tak w zasięgu ręki. Ale zaczęło mi się nagle dobrze biec. To uczucie ciężkich nóg zniknęło i było super. Biegnę dalej! Na 10km trochę niepewnie podbiegłam do Dzikiego - jednego z organizatorów tego super biegu! Musiałam spytać, czy oni tak na poważnie z tymi 17km. Okazało się że tak. Wydało się też wtedy, że jeśli dobiegnę z nimi do końca to będzie to najdłuższy dystans jaki do tej pory pokonałam. Ale biegło się wciąż dobrze, co jakiś czas zatrzymywały nas czerwone światła na przejściach, więc miałam chwilę na odpoczynek dla nóg. Gdzieś na 13-14 km kryzys powrócił. Byliśmy wtedy w okolicach torów za Piotra Wysockiego. Ale pomyślałam, że zejdę jak wybiegniemy do jakiejś ulicy z autobusem/tramwajem i wrócę komunikacją miejską. Jednak to nie nastąpiło ponieważ biegłam dalej. Tutaj muszę podkreślić jak wiele dało mi wsparcie i obecność innych osób. Było mi niesamowicie miło, że pytali mnie się jak się czuję, dotrzymywali mi tępa i zamieniali ze mną choć kilka słów. Dodawało mi to otuchy. Telefon zaczął odmawiać współpracy i bateria zaczęła siadać, postanowiłam więc nie zaglądać jak więcej na dystans. Wybiegając na ulicę z przystankiem wyszło, że zostało nam około 4km do końca biegu. No i jak tu zrezygnować, jak tylko tyle zostało? No już szkoda tych 4km nie docisnąć i nie pobiec. Więc biegłam dalej. Modliłam się już na ostatnich km o czerwone światło na przejściu, żeby nogi miały chwilę odpoczynku. Musiałam też zacząć przechodzić do marszu chwilami, bo nie dawałam rady. Ale koniec końców dobiegłam do samego końca!



Cały bieg jest bezpłatny, a biegniemy z Rafałem, który zna Warszawę i opowiada nam podczas biegu i pokazuje ciekawe rzeczy. Ja niestety prawie nic nie słyszałam - po pierwsze skupiałam się na tym, żeby biec, po drugie biegnąc bardziej z tyłu słyszałam tylko pojedyncze zdania. Na koniec biegu są pytania, na które jeśli ktoś odpowie dobrze dostaje medal wykonany w Stowarzyszeniu Terapeutów. Ja także zostałam wyróżniona medalem jako najmłodsza w historii uczestniczka tego biegu i w nagrodę za przełamanie swojego dotychczasowego dystansu. Radość i satysfakcja bezcenna :)







Nie wiem jak wy drodzy biegacze, ale ja nigdy nie wiem jak się zachować jak widzę luźno biegającego psa jak biegnę. Zazwyczaj jednak przestaję biec i idę, zgodnie z zasadą że jeśli przed zwierzęciem uciekasz to zaczyna Cię gonić. Nie lubię tego. Mimo, że jest to zazwyczaj kilka metrów, to nie lubię wypadać z rytmu - bo pies.
Jako właścicielka 8 łap oraz biegaczka, uważam, że mogę się wypowiedzieć. Moje psy biegają spięte na smyczy, jeśli jesteśmy w lesie to je spuszczam. Widząc biegacza od razu je spinam. Dokładnie tak samo robię na spacerze - spinam psy, lub zmieniam trasę spaceru.
Bardzo nie lubię jak biegnę jak podbiega do mnie pies. Uwielbiam psy, ale nie mam od razu ochoty witać się z każdym napotkanym - szczególnie jak biegnę. Jeśli jest to duży pies to zazwyczaj właściciel jest ostrożniejszy i nie pozwoli psu podejść. Małe psy za to często plączą się pod nogami. Koszmar!
Nie każdy kocha psy, nie każdy je lubi. Uszanujmy to!
To że ktoś psów nie kocha, nie oznacza, że jest gorszy i nie trzeba fukać na biegacza, który prosi żeby psa zabrać. Mnie naprawdę nie interesuje, że piesiunio jest kochany, słodki, chce się tylko przywitać, naprawdę nie mam wtedy ochoty witać się z psami.
Co prawda nie zdarzyło mi się nigdy, żeby pies mnie zaatakował jak biegłam, ale są takie przypadki.
Właściciele psów, zwracam się jako posiadaczka psów - zabierajcie psy z drogi biegacza, po co komplikować sobie wspólne życie? :)








Kwestia powszechnie znana i sprawiająca wiele problemów. MOTYWACJA. Skąd ją brać? Jak zmusić się do tego, żeby wstać i wyjść pobiegać? Żeby wstać i zacząć katorgę, zwaną potocznie ćwiczeniami? Jak zmotywować się po prostu do działania? :)

Wyznaczanie sobie celu.
To jest najważniejsze. Stawiajmy sobie cele, które pragniemy zrealizować! Banalne? Ale tyle osób o tym zapomina. Moje bieganie rozpoczęło się w zasadzie bez postawionego celu. Mama chciała schudnąć dzięki bieganiu, ale nie chciała biegać sama. Okej, pobiegam trochę. Wciągnęło na stałe. :) Ale biegałam bez żadnego celu, tak ot, bo lubię. Efekt był taki, że cały lipiec to było może 20km na liczniku góra. Mała satysfakcja. Na horyzoncie pojawił się więc cel - półmaraton. To tak na początek. Chciałabym się zebrać i w końcu przebiec w takich zawodach. Potem maraton. Jak wyjdzie to zobaczymy. :)

Muzyka.
Głupie? Wskażcie mi osobę, która z dobrą nutą w słuchawkach nie biegnie szybciej. :) Dobra muzyka podczas treningów to podstawa. Oczywiście są chwile kiedy biegam po lesie w akompaniamencie śpiewu ptaków, ale jeśli nogi odmawiają posłuszeństwa zazwyczaj wystarczy włączyć muzykę, wyłączyć się i samo się biegnie. :)

Krytyka.
Zamiast przejmować się krytyką ludzi, postaw się i pokaż że dasz radę. Niech to będzie Twoją motywacją. Śmieją się, że biegasz za mało/za wolno? Zazdroszczą bo sami nie mają motywacji, żeby podnieść tyłek. :) To że wstałaś/eś i biegniesz sprawia, że jesteś na pozycji wygranej. :) Udało Ci się to zrobić! Pokaż im, że pobiegniesz więcej, szybciej, kopara im opadnie. :)

Ludzie.
Czasami są dni kiedy siedzę i nic mi się nie chce. Od czego wtedy są inni biegacze? :) Filmiki PANARUNNERA oraz Mateusza Jasińskiego sprawiają, że od razu wstaję i wychodzę biegać. Oglądając ich mam wrażenie, że mogę wszystko. :) ZabieganaaniaPanna Anna wyszły biegać? Ja też muszę! Są osoby, które podziwiam. I to są właśnie te 4 osoby. Zabieganaania zmotywowała mnie do tego aby zacząć ponownie chodzić na basen i wziąć za rok udział w Biegu Katorżnika. :) Chłopaki są tak pozytywni i wiecznie uśmiechnięci, że nie można ich nie lubić. :D Panna Anna trzaska kilometry jak szalona. No jak tacy ludzie mogą nas nie zmotywować? :)

I najważniejsze - rób to co kochasz! Kochasz biegać? Biegaj! Kochasz pływać, ćwiczyć, tańczyć, śpiewać, pisać? RÓB TO. Satysfakcja z tego co robisz jest najlepszym motywatorem. AŻ CHCE SIĘ ŻYĆ! :)

 Z a c z n i j. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbieraj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje- to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie. Lepiej, żebyś wyszła mu naprzeciw, poczuła go i pokonała, zamiast mieć w nim wieczną wymówkę do czyszczenia rzeki ” — Biegnąca z wilkami Estes Pinkola Clarissa
Rozpoczęłam wyzwanie na ładne pośladki. :)
Za 30 dni wstawię zdjęcia porównujące jak było na początku, a jak po 30 dniach!
Wyzwanie jak i zdjęcie podkradzione od psychodietki.


Efekty podobno są oszałamiające. :) Ja robię z obciążeniem, hantle po 2kg na rękę. Jestem już w 6dniu robienia i muszę powiedzieć, że 3 dzień jest najgorszy. :) 60 przysiadów i czuć każdy mięsień. Potem mogą być delikatne problemy z wchodzeniem po schodach, takie zakwasy! Ale po tym jednym dniu przerwy te 70 to już prawie bez wysiłku. :D
Ktoś podejmuje się wyzwania ze mną? :)


Dzień rozpoczął się wspaniałym, prawie 2-u godzinnym liczącym 7km spacerem z Iwoną oraz jej psiakiem - Fado z Psie Wędrówki. Zdjęcia z tego jakże męczącego spaceru już jutro wstawię, dzięki Iwonie która pięknie obfociła nasze psiaki. :)

Na dzisiaj planowaliśmy trening po lesie, ale po spacerze Spajk zaczął kuleć na przednią łapę, mnie bolało gardło + kontuzja kolana, także zostaliśmy w domu, a Toffka wraz z mamą poleciały pobiegać. Żeby nie być w tyle, postanowiłam poczytać o sile biegowej, zainspirowana przedwczorajszym spacerem, gdzie widziałam Pana Biegacza który tak wysoko podnosił nogi jak biegł, a przy tym tak szybko się przemieszczał, że stałam jak wryta. Okazało się, że to dzięki treningom na siłę biegową.

Usiadłam więc w towarzystwie mojego kontuzjowanego czworonoga i postanowiłam się doedukować.  Niestety mój Podręcznik Biegacza nie uwzględnił chyba siły. Uwzględnił szybkość. To zostawię na lato.








Sięgnęłam więc po artykuły z portali biegowych. Okazało się, że siłę znacząco poprawia nam szybkość! Jako iż chcę w tym roku przebiec maraton, postanowiłam zacząć od najbliższego treningu ćwiczyć nad moją siłą biegową i wytrzymałością. Znalazłam 12 ćwiczeń, które są przydatne jeśli chcemy wyćwiczyć sobie siłę.

1. Marsz z wysoko unoszonymi kolanami
2. Marsz dynamiczny z wysoko unoszonymi kolanami
3. Defilada (jak to określił portal bieganie.pl, defilada radziecka :)
4. Defilada
5. Skip C
6. Skip na jedną nogę
7. Skip B w marszu
8. Skip B w marszu dynamicznym
9. Przebieżka
10. Skip A
11. Podbieg
12. Wieloskoki

* jak wyglądają te ćwiczenia możecie zobaczyć pod koniec tego artykułu klikając w nie - artykuł

Póki co dzisiaj się obijam, ale jutro z rana do lasu biegać. :)


Biegać z psem nie można tak ot, zwyczajnie. Trzeba się do tego przygotować. I psa również. Jedną z istotniejszych kwestii jest wyciszenie psa - nie ma nic gorszego niż skaczący i lecący na łeb na szyję pies uczepiony do smyczy, którą trzymamy. Zrobić to trzeba jeszcze zanim zdecydujemy się biegać, na samym spacerze. Krótkie przebieżki, na których nauczymy psa jak biec z nami, tak żeby się nie ekscytował. To ciężki zabieg wymaga mnóstwo powtórzeń i konsekwencji. Druga sprawa to inni ludzie. Na trasie gdzie są inni biegacze ważną sprawą jest, żeby pies ich nie zaczepiał i żeby zrozumiał, że to z nami biegnie, nie z nimi. :) Każdy kto biega wie jak przeszkadzają przeszkody, które nagle wpadają nam pod nogi. Musimy więc psa nauczyć, że jak biegniemy to biegniemy, nie zatrzymujemy się, nie wąchamy, a już na pewno nie idziemy do drugiego biegacza się przywitać.







Nawadnianie. Tak jak my wychodząc na bieg bierzemy ze sobą butelkę wody/izotonika bo musimy nawadniać organizm tak i takie nawodnienie należy się również psu. Butelka wody dla psa i dla nas obowiązkowo.
Ze smyczą, pasem, luzem? Ja zaczynałam ze smyczą automatyczną. Uważam, że wygodne rozwiązanie całkiem. Teraz zaopatrzyłam się w pas do joggingu z psem firmy Trixie. Zawiodłam się, bo pas się rozciąga i z każdym krokiem podskakuje. Podszyłam go materiałem, więc mam nadzieję, że będzie lepiej. Ma on jednak smycz z amortyzatorem (bardzo przydatny gadżet), saszetkę na smakołyki, telefon. Ogólnie oceniam na super sprawę, wolne ręce się ma. Gdyby tylko nie ten rozciągający się pas... Bieganie luzem jest okej, ale nie w miejscu gdzie są rowery i inni biegacze. Ja wbiegając do lasu zazwyczaj spuszczam psa, nauczona jest także nie zaczepiać innych biegaczy, oraz żeby podchodzić do mnie gdy jedzie rower. Jeśli tego nie umie, nie radzę. Nie po to biegamy z psem, żeby stresować się tym żeby do kogoś nie podleciał, nie wszedł pod rower. To ma być relaks, czas na odpoczynek, oczyszczenie umysłu oraz umacniane więzi z psem.













Jako że wszystko jest ciekawsze od nauki, a wykorzystałam już prawie wszystko co mogłam, to pomyślałam, że napiszę coś o cudownych właściwościach super smoothie, który spożywam regularnie od jakiegoś czasu.


Seler naciowy w roli głównej!



No to co tak właściwie ten seler w sobie ma? Dwa razy więcej witaminy C niż w cytrusach! Naturalną witaminę B, kwas foliowy, witaminę PP, fosfor, wapno, cynk, magnez, żelazo i najważniejsze - witaminę E, uznawaną za witaminę młodości. :) Nać selera ma około 5 kcal, więc możemy się objadać do woli.
A jego właściwości są prawie tak samo wspaniałe jak właściwości czekolady, bo powinniśmy jeść go dużo w czasie diety - pomaga! Oczyszcza nasz organizm z toksyn, pobudza przemianę materii, może nam pomóc
na obolałe stawy. 
Smoothie z selera naciowego i jabłka, jako eliksir młodości. :)) Ja wrzucam jabłka i łodygę selera do blendera, dolewam wody i robię smoothie. Na początku radzę dać mniej selera, bo ma bardzo specyficzny smak i nie każdemu może on odpowiadać. Szklanka takiego napoju powinna być wypita na czczo - ale ja osobiście do szkoły wrzucam sobie nać i jabłko pokrojone i jem. Pod wieczór wypijam smoothie. Mnóstwo gwiazd nie wychodzi bez tego z domu. :P Ma to nam nawilżyć skórę, wzmocnić włosy, likwiduje obrzęki, oczyszcza organizm z toksyn, nawet nasza cera powinna być jedwabiście gładka. ;)
Ile w tym prawdy? Nie jestem pewna, za krótko go chyba jem. Sam wpływ jedzenia owoców i warzyw codziennie na pewno polepsza nasz organizm! Ale można się naczytać opinii jaki to jest wspaniały! Ale chyba coś w tym jest, waga trochę w dół poleciała i jakieś samopoczucie lepsze... :)



Fatalna pogoda jak na majówkę. Potrzeba słońca, chociaż trochę. Bo ile może być szaro? Nawet kwitnące drzewa tak nie cieszą, jak nie ma słońca.
Biega się też zdecydowanie przyjemniej w słońcu. Szczególnie rano.Wtedy nawet palący ból łydek nie przeszkadza, endorfiny same szaleją w organizmie. ;)
Dwudniowa przerwa w bieganiu, 2km ciągłego biegu miały swoje efekty niestety, zakwasy i stawy odmówiły współpracy. Tylko 5km spacery z potworem, delikatny trucht, ale na więcej bym się chyba nie odważyła póki co. Podobno wiśnie super działają na zakwasy! Mają w sobie antocyjany, które mają wspomóc nas w tych przykrych dniach po ciężkich treningach. Z tego co wyczytałam, w badaniach opublikowano że picie soku z wiśni na 5 dni, w trakcie i  kilka dni po maratonie ma nam przyspieszyć regenerację mięśni.Warto zaopatrzyć się na czas zimy w wiśnie świeże, wydrylowane, żeby takiego wspomagacza mieć przez cały rok, bo niestety ale wszelakie soki wiśniowe dostępne w sklepach zawierają śladowe ilości antocyjanów. :( Więc czekam z niecierpliwością na wiśniowy sezon, trzeba w końcu na sobie przetestować ich działanie.
Wczoraj 6,5km w 52min po osiedlu. Z czekoladowym szczęściem obowiązkowo. W deszczu, aż miło. Pierwsze w życiu 13min biegu, nie marszo-biegu. Taka dumna z siebie jestem! Przy 5km obydwie miałyśmy trochę dosyć, woda chlupocząca w butach to nie jest przyjemne uczucie. Jednak pysio mimo wszystko zadowolony. I mokry. A mokry labrador, to szczęśliwy labrador. ;)